fot. Ev Mylonaki


Gdzieś tam za horyzontem znajduje się miejsce, z którego pochodzimy. Zostawiliśmy je. A wraz z nim kawałek siebie. 


Emigracja ma wiele obliczy. Wiele powodów. To co wszyskich zdaje się łączyć to jakiś ból tęsknoty, który nie od razu musi się pojawić. Jak przejawia się tęsknota? Jaką ma formę? Z czego wynika? Po niemal dekadzie  życia na obczyźnie podzielę się z Tobą własnymi przemyśleniami. Jeżeli rozważasz wyjazd za granicę, to może uda mi się uczulić Cię na ważne aspekty, o których jeszcze nie myślisz. Być może już dzielisz mój los. Może nawet więcej lat  jesteś daleko? Prawdopodobnie masz własne pomysły i przemyślenia, które pomagają ukoić powracający ból tęsknoty, na który na razie niezawodnej recepty sama jeszcze nie znalazłam..


Kilka dni temu na blogu Pierwsze Kroki we Francji pojawił się artykuł Jak poradzić sobie z tęsknotą? 5 zalet rozłąki. Nie wiedzieć czemu wydobył refleksje na codzień ukrywane przed samą sobą. Tęsknota na emigracji to być może nie jest najbardziej wdzięczny temat, ale jest prawdziwy. Dlatego warto o nim napisać.

Emigracja


Wyjeżdzamy do pracy za granicą, do szkoły, w poszukiwaniu lepszego życia, lepszej przyszłości, w celu przeżycia przygody, z ciekawości świata. Czasem opuszczając Polskę od razu liczymy się z tym, że od tej pory będziemy tu wracać jedynie w  odwiedziny. Zamykamy pewien rozdział i udajemy się w ekscytujące i niepewne nieznane. Czasem decyzja o emigracji nie jest planowana, ale okazuje się być zrządzeniem losu. Skutkiem ubocznym niewinnego wyjazdu, który z planowanych kilku dni za granicą zmienia się w drastyczne "na zawsze".  Czasem życie układa jeszcze inny scenariusz. Tak czy inaczej, człowiek mimo wielu pozytywnych stron emigracji kawałek serca pozostawia w kraju rodzinnym. W domu. A rozdarte serce boli. Choć ten ból nie zawsze musi odezwać się od razu. Nie boli też nieustannie. To taki ból reumatyczny, który dokucza "gdy idzie na deszcz". 

Wyjeżdząjąc pochłonięci jesteśmy pakowaniem walizki w najbardziej potrzebne, wartościowe przedmioty i marzenia. Po przybyciu na miejsce okazuje się, że w bagażu nie przywieźliśmy drogich nam osób, miejsc,  zwyczajów i ducha w jakim zostaliśmy wychowani, a o którym nowy dom nawet nie słyszał.

Życie w obcym kraju wymaga od nas wykreowania nowej tożsamości. Pojawiamy się w innej rzeczywistości i wszystko musimy zacząć od nowa. Odnaleźć się w kulturze innej od naszej. Zdobyć nowe przyjaźnie i kontakty. Wtopić się w tłum. Wszystko to jest ciekawym procesem. Czasem człowiek odnajduje się w nowych realiach szybko i całość przebiega radośnie. Czasem jest to trudniejsze niż oczekiwaliśmy. Pierwsze lata prędko mijają. Budowanie nowej stabilizacji odwraca uwagę od myśli o Polsce i tym co tam zostawiliśmy. Z bliskimi i rodziną utrzymujemy jakiś kontakt. Sporadycznie odwiedzamy dawny dom, albo bliscy nas. Niewiele czasu minęło od rozstania " na zawsze", więc mimo bólu towarzyszącego rozłące szybko powracamy do własnej codzienności.

W miarę mijania lat zaczynamy doznawać dziwnego wrażenia. Odwiedzając kraj zauważamy zmiany w wyglądzie naszych rodzinnych kątów. 

Odkrywamy z zaskoczeniem, że niegdyś znane nam uliczki i budynki już nie wyglądają tak samo. Już nie ma starej fontanny w środku parku na rynku, przy której zwykliśmy umawiać się ze znajomymi. Ba. Samego parku już brak. Jest tam teraz parking i plac i  nowoczesna fontanna przypominająca grobowiec faraona, z której co chwile wyskakują mieniące się wieloma kolorami strumienie wody. Krajobraz wypełnił się wieloma nowymi elementami, tak że nie sposób rozpoznać widoki, które nosimy we wspomnieniach.

Ludzie wydają się zupełnie obcy. Trudno spotkać kogoś znajomego, bo większość rówieśników i towarzyszy zabawy z podwórka też opuściła miasto. Jedni pozostali w kraju, inni podzielili los emigranta.

Każda wizyta to zaglądanie w oczy i twarze bliskich. Twarze, na których rysuje się upływ czasu, z którego nie zdawaliśmy sobie sprawy.

Każde spotkanie jest traumatyczne. Stanowi radosną ulgę, że zdąrzyliśmy bliskich zobaczyć. Jest jednocześnie zatrważającym pożegnaniem, bo nie wiemy czy i kiedy się jeszcze spotkamy, i w jakim stanie ich zastaniemy.

A jeśli odwiedzin nie wykorzystamy na spędzenie jak największej ilości chwil z najbliższymi to później musimy żyć z żalem. Bo czasem drogie nam osoby tak po prostu z dnia na dzień odejdą, stracą zdrowie, a my nie będziemy mogli przy nich być.

Ale kto  mógł przewidzieć, że czas powoli pokaże kto jest prawdziwym przyjacielem, komu na nas zależy i na kim nam zależy? Że nie okażą się drogimi osobami, te na które liczyliśmy? A wtedy na wartościowy czas, który tym poświęciliśmy będziemy spoglądać z żalem, że został wyrwany i odebrany tym naprawdę ważnym dla nas ludziom..

Po powrocie do obczyzny, w miarę mijania czasu zdarzy nam się słyszeć kolejno od oddalonych i dawnych znajomych " chyba po prostu nie jestem dobry w przyjaźniach na odległość". Tak powoli zaczną kończyć się dawne przyjaźnie. Okaże się jednak, że zdobędziemy wśród znajomych z ojczyzny wartościowych przyjaciół, na których możemy liczyć, a których byśmy o rozwój takiej przyjaźni nie podejrzewali.

To nie tylko my nie jesteśmy przy bliskich, ale i oni nie są przy nas. Staje się to wyjątkowo dokuczliwe gdy zakładamy rodziny. Wtedy zaczynamy żałować, że dziadkowie i pradziadkowie, ciotki i inni bardzo ograniczony udział w życiu naszych pociech mają. Boli, że nie ma ich blisko częściej. Boli ich ból i żal, że nie są bliżej.

Wkrótce złapiemy się na tym, że przywoływanie wspomnień z dzieciństwa i młodości wydaje się czymś odrealnionym. Filmem, wcale nie naszym. Czymś w co trudno uwierzyć, że miało miejsce.

Jestem niemal dekadę emigrantką. To niewiele, ale jest to 1/3 całego mojego życia w tym 100% życia dorosłego. Dziwne to wrażenie. Odwiedzając Polskę czuję się obca. Żyjąc w Grecji czuję się nie do końca swoja.  Zupełnie jak w piosence "Anytime, Anywhere" Sarah'y Brightman.
Na ironię po raz pierwszy usłyszałam ją mając zaledwie kilkanaście lat. Towarzyszyła całej mojej młodości. Wtedy nie rozumiałam słów, ale je śpiewałam. Teraz je rozumiem i dostrzegam, że były proroctwem. Przynosi na oczy obrazy lat minionych ojczystych. Zawsze przenosi mnie do złocistych pól pszenicy, beztroskiej jazdy na rowerze i wielu wspomnień rodzinnych.

 "Strade son' cambiate.
Faccie son' diverse.
Era la mia città.
Non la conosco più.
La ora io sono solo un' estranea
Senza patria."

Co oznacza :

" Ulice się zmieniły. 
Twarze są inne.
 To było moje miasto.
 Już go nie poznaję.
 Teraz jestem tylko obcą bez ojczyzny."


Tęsknota bywa smutna. Faktycznie jest też wartościowa i wiele dobrego z niej wynika, bo pozwala doceniać ulotne chwile. I najważniejesze, tak jak wspomniałam na początku artykułu, to taki ból reumatyczny, który nie dokucza nieustannie, ale który powraca, gdy idzie na deszcz. Podczas świąt, uroczystości, czasem bez okazji. Przychodzi jak burza w upalny polski letni dzień. Po czym mija i znowu wychodzi słońce. 


Ale czyż dorosłe życie dla rodaków, którzy pozostali w Polsce też nie jest pełne różnych tęsknot? Ja nie wiem. Nie dane mi było tego doświadczenia pozyskać. Wydaje mi się jednak, że każdy człowiek bez względu na to gdzie żyje i jakiej narodowości jest, jakieś tęsknoty w sercu nosi. Po prostu inny wygląd one mają. Tęsknota to część istnienia.

Czy wy tęsknicie? Czy też wam jest czasem trudno? A może jesteście dalej w Polsce i też za czymś mimo wszystko tęsknicie? Powiedzcie mi, bo czasem te refleksje mnie zjadają. Czasem po prostu wyłączam przycisk czucia, żeby nie myśleć. Łatwiej wtedy iść do przodu. Taki przycisk jak w Pamietnikach Wampirów, może ktoś oglądał, co wyłącza człowieczeństwo. Choć to nie jest rozwiązanie. Bowiem tak jak w filmie. Gdy się je włącza ponownie wtedy wszystkie emocje uderzają ze zdwojoną siłą.. Też tak macie? Jak sobie radzicie? Za czym tęsknicie? Po za bliskimi tęsknię za śniegiem, polskim latem, wosną, jesienią.. już ich nie pamiętam..